Dorota

Mam na imię Dorota i jestem alkoholiczką. Dziś, z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, ze jestem człowiekiem pełnym radości i chęci do życia, a co dla mnie równie ważne – szczęśliwą, spełnioną kobietą. A teraz od początku. Muszę w tym miejscu napisać parę słów o swoim dzieciństwie, bo mimo, ze było długo przedtem, zanim odkryłam zbawienną moc alkoholu – tak naprawdę zaważyło na większości tego, co nastąpiło potem... Urodziłam się w tzw. dobrej rodzinie, w której nie było alkoholu, przemocy, żadnych patologii, ale… nie było także miłości – nie było jej dla mnie…
Jedynym moim zadaniem było nie przeszkadzać, nie sprawiać kłopotów, nie zajmować nikogo swoim istnieniem. Moja matka chorowała na SM i w związku z tym miała bardzo poważne problemy przy moich narodzinach.
Opowiadała mi często jak powitała mnie na tym świecie słowami: Boże! Tyle się namęczyłam i dziewczyna - brrrr !!!... Śmiała się przy tym. Ja tez się wtedy śmiałam. Dziś nie jest mi do śmiechu, gdy myślę jak inaczej mogłoby wyglądać moje życie bez tej ustawicznej walki pomiędzy moją bezsprzecznie kobiecą naturą, a pragnieniem zasłużenia na akceptację matki i to nawet na długo po tym, gdy umarła. Podświadomie wyszukiwałam dowodów, na to, że nie jestem taka jak inne dziewczynki, a potem inne kobiety.
Doprowadziłam w końcu do tego, że przez większość życia miałam ogromny problem z tożsamością. Konflikt wewnętrzny rozpoczęty od niemożności utożsamienia się z płcią, z czasem opanował pozostałe sfery mojego życia. Czułam się jakoś tak „pomiędzy” albo „nigdzie”. Z jednej strony pragnęłam gdziekolwiek przynależeć, zaś z drugiej – miałam wieczne poczucie, że nigdzie tak do końca nie pasuję… Łasiłam się do ludzi, biegłam wszędzie, dokąd mnie zawołali, nie zastanawiałam się, czy czyjeś towarzystwo mi pasuje, czy jest dla mnie odpowiednie – jedynym kryterium wyboru był fakt, że mnie chcą; nieważne dlaczego i po co…
W wieku 15 lat po raz pierwszy spróbowałam alkoholu – zaczęłam od razu od wódki. Nigdy nie zapomnę tego fantastycznego, wypełniającego mnie uczucia ulgi, jakiego doznałam już po pierwszym kieliszku. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ustąpiło całe napięcie, żal, gorycz i smutek - przestałam być „inna”. To był przełom – właśnie odkryłam lekarstwo na wszystkie moje bóle! Wiele lat później poznałam ludzi, którzy po latach udręki spowodowanej uzależnieniem są trzeźwi i szczęśliwi. Mawiają oni m.in.:
Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem… No właśnie. Tamtego lutowego dnia, kierowanie moim życiem (pośrednio lub bezpośrednio) przekazałam na wiele, wiele kolejnych lat wódzie, tylko, że wówczas nie miałam o tym pojęcia. Wydawało mi się, ze panuję nad tym wszystkim, tylko rzeczywistość mnie przerasta, że na trzeźwo po prostu nie dam rady znieść losu, jaki przypadł mi w udziale. Byłam przekonana, że wszystko, co mnie spotyka jest wynikiem jakiegoś horrendalnego pecha, pasma nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Piłam, bo byłam nieszczęśliwa, Piłam bo byłam samotna.
Piłam, bo nikt mnie nie rozumiał. Piłam, bo „ktoś” zabrał mi moje życie i siłą wepchnął mnie w jakieś inne – nie moje. Piłam, bo urodziłam się w nieodpowiednich czasach, w nieodpowiedniej rodzinie. Piłam, bo nie wyglądałam jak dziewczyny z bilbordów. Piłam, bo nikt mnie nie kochał. Piłam bo, bo, bo... - nie wystarczyłoby papieru na wypisanie tych wszystkich powodów… Moja samoocena, poczucie własnej wartości były na tak niskim poziomie, że chyba nie znalazłyby się na żadnej skali. A z drugiej strony, gdzieś w głębi duszy, czułam się dobra, szlachetna, pełna pozytywnych wartości, zdolna do miłości, poświęcenia, altruizmu, itd., itd. Miałam jednak przeświadczenie, że nikt mnie nie potrzebuje takiej, jaką jestem, że to, co mam do zaoferowania jest niewystarczające do zrównoważenia tych wszystkich moich niedostatków, wad, niedoskonałości.
Przekonanie, że tak strasznie nie pasuję do tego świata, ze nie mam na nim własnego miejsca ani nikogo, dla kogo byłabym ważna, potrzebna, niezastąpiona – powodowało cierpienie, którego nie mogłam ukoić niczym poza alkoholem.
Zresztą – dość szybko przestałam szukać jakiegoś innego sposobu na odzyskanie spokoju i radości życia. Myślałam po prostu, ze cokolwiek zrobię, to i tak nie zda się na nic, bo taka już widać moja karma – cierpieć z powodu okrutnego losu, niedoceniona przez podłych, bezdusznych ludzi. Nie chciałam już niczego więcej, jak tylko przetrwać, nie cierpieć, nie czuć bólu (z czasem wręcz fizycznego).
Wódka była w zasięgu ręki, a co najważniejsze – działała natychmiast, Nigdy nie przemknęło mi przez głowę, że wszystkie te rzeczy, które brałam za przyczyny – były w rzeczywistości skutkami, że każdy kolejny kieliszek pogłębia pustkę, niezgodę, izolację, ból i samotność. Beznadziejnie czekałam, że coś się zmieni, że stanie się cud, ze zjawi się jakiś przysłowiowy książę na białym koniu i zabierze mnie z tego bagna, które mnie otacza. Kompletnie nie kojarzyłam, ze bagno jest częścią mnie, jest we mnie, a nie na zewnątrz, że moje życie w doskonały sposób wypełnia najkrótszą definicję obłędu „robisz w kółko to samo, a oczekujesz zmian”. Ta moja choroba, alkoholizm, działa tak, że paradoksalnie – w krótkich przebłyskach świadomości, gdy docierało do mnie, co ja wyprawiam, jak po kolei rujnuję wszystko, co kiedyś było ważne (dom, rodzina, dzieci, mąż, praca, szacunek, godność, moralność, wiara, uczciwość, przyjaźń, zaufanie, odpowiedzialność, etc) – byłam tak zdruzgotana i przerażona, że nie mogłam tego znieść i … musiałam się napić, żeby przeżyć. Moje wyobrażenie alkoholiczki nie odbiegało znacząco od powszechnego stereotypu – brudnej, zaniedbanej, śmierdzącej pijaczki, śpiącej byle gdzie i z byle kim, pijącej denaturat albo tanie wina…. A ja cóż ? Nie spałam na dworcu, nie kradłam po sklepach, nie byłam w areszcie, w izbie wytrzeźwień, nie „dawałam” za flaszkę, nie straciłam rodziny, pracy, domu…. itd., itd…
Bardzo długo nie mogłam dostrzec, że od dawna jestem już na dnie, którym była kompletna i całkowita ruina mnie samej, mojego wnętrza i relacji bliskimi. W jakimś momencie z przerażeniem stwierdziłam, że wszyscy ważni dla mnie ludzie przestali już interesować się tym czy piję, czy nie piję i w ogóle, co się ze mną dzieje Spełnił się koszmar, przed którym przy pomocy wódki chciałam uciec.
Przestałam istnieć, przestałam mieć znaczenie… Dziś wiem, ze wszystko to, co mieści się w stereotypie brudnej pijaczki – było także dla mnie tylko kwestią czasu, gdybym któregoś dnia nie dostąpiła łaski uwolnienia od obsesji picia. Stał się cud, o którym pisałam wcześniej, tylko, że nie książę na białym koniu był jego sprawcą, a szarpiący się w delirium pijak przypięty pasami do łóżka na detoksie w Ząbkach. To dziwne i niewytłumaczalne, ale właśnie tak było. Nagle, w jednej chwili zrozumiałam, poczułam całą sobą kim jestem. I co dziwniejsze, zamiast przygnębienia, moje utożsamienie się z tym „menelem” (tak wtedy myślałam o tamtym człowieku) przyniosło mi niespotykaną wcześniej ulgę.
Tak – w końcu byłam kimś naprawdę, w 100%, bezapelacyjnie, niepodważalnie. Po tych wszystkich latach, kiedy nie byłam tak naprawdę ani kobietą, ani matką, ani żoną, ani pracownikiem, koleżanką (chyba nawet człowiekiem już przestałam się czuć) – nagle miałam coś, czego mogłam się uchwycić. I tak właśnie zrobiłam. Niedługo po wyjściu z detoksu podjęłam terapię na Oddziale Dziennym na ul. Zgierskiej. Dowiedziałam się tam bardzo wiele o chorobie alkoholowej, o jej mechanizmach, o tym dlaczego żyłam… właśnie tak, jak żyłam. Zrozumiałam, że piłam nie dlatego, że jestem zła, podła czy głupia, ale dlatego że jestem chora na alkoholizm, który tak właśnie się objawia – utratą kontroli nad piciem dokładnie w chwili sięgnięcia po pierwszy kieliszek. Terapia pozwoliła mi odzyskać moje życie, ale także wziąć za nie odpowiedzialność – bo z niejakim zdumieniem dowiedziałam się, że to nie „ktoś”, nie los ani nie zbiegi okoliczności odpowiadają za to jak myślę i co czuję, tylko ja sama…
, o tym, co stało się z moim życiem, ze mną samą, a też i o tym, że alkoholizm jest chorobą przewlekłą i postępującą i śmiertelną, nie sięgam dziś po ten pierwszy kieliszek. W terapii dostałam wszystkie potrzebne „narzędzia” do radzenia sobie z problemami bez używania alkoholu. No i radzę sobie. Coraz lepiej sobie radzę. Cały czas pracuję nad tym, by się wzmacniać i rozwijać. Dużo czytam, spotykam się i rozmawiam z ludźmi podobnymi do mnie, korzystam z ich doświadczeń. Mam przyjaciół – kilku, ale za to prawdziwych, przez duże P. Nie czuję się już inna, wyrwana z kontekstu. Czuję jak moje wnętrze, które przez tamte poprzednie lata stało się wypaloną, pustą „czarną dziurą” powoli zapełnia się kolorami, uczuciami. Żyję. Po prostu żyję...

Dorota alkoholiczka
(c)2021, All Rights Reserved autor: Norbi
Liczba odwiedzin: 1039
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem
free website
built with
kopage